Blog posts

Jak raz na zawsze przestałam się odchudzać i schudłam 10 kg? (CZĘŚĆ 3)

Jak raz na zawsze przestałam się odchudzać i schudłam 10 kg? (CZĘŚĆ 3)

Uncategorized

 Historia mojej zmiany wzbudza duże zainteresowanie. Wierzę,
że podzielenie się nią może wpłynąć na Twoją historię. Pobudka ekshibicjonizmu
jest całkiem szczytna, zatem do dzieła…


Do tej pory pisałam o pewnych aspektach psychologicznych (o
tym jak myślałam, jakie były podstawy moich działań, co na mnie wpłynęło i skąd
się to wzięło). Tym razem skupię się na konkretnych czynnościach, które uległy stopniowej zmianie. 

Co
najważniejsze, ewolucje jakie opisałam nie miały miejsca jednego dnia. Ba,
nie był to nawet tydzień, ni miesiąc, otwarcie stwierdzam, że i do
kategorii czasowej “rok” się nie nadaje. Ten proces trwa nieustannie.
ANTYdietyzm

– Wiesz, nie wchodziłem na Twojego bloga, bo jestem przeciwnikiem diet. 
–  Przeciwnikiem diet? Co Ty nie powiesz…? – skwitowałam z przekąsem.
Świeża rozmowa, pokazująca jak niewiele osób ma świadomość jakie jest moje zdanie na ten temat… Powtórzę się zatem – dieta (w rozumieniu okresowa, a nie styl odżywiania) to nie jest rozwiązanie. 
Oczywiście  kolega został automatycznie i raz na zawsze naprowadzony na właściwe tory.

Śniadanie
Dawno, dawno… Gdy lat miałam chyba jeszcze naście i mniej, śniadanie było moją zmorą. Odczuwałam jedynie odruch wymiotny i nie mogłam się zmusić do przełknięcie niczego. Powoli, powoli zmieniałam to przyzwyczajenie. Pomagała szklanka wody, którą pijam do dnia dzisiejszego tuż po przebudzeniu. Aktualnie nie ma bata, śniadanie to podstawa, główny posiłek, bez którego nie umiem normalnie i w 100% funkcjonować na pełnych obrotach.



Eksperymenty w kuchni
Bardzo długo myślałam, że nie umiem gotować, a ja po prostu nie gotowałam… Gdy rozpoczęłam swoją kulinarną przygodę, to eksperymentów nie ma końca. Nieustannie dodaję nowe produkty i smaki, w mojej kuchni brak miejsca na nudę, a kubki smakowe cieszą się z nowinek.
 

Jedzenie słodyczy
Nie odmawianie sobie przyjemności to podstawa. Nie wierzę w powodzenie systemu zero-jedynkowego, wszystko albo nic. Jem, gdy mam ochotę. Staram się wybierać najmniejsze porcje i najzdrowsze produkty – ta metoda nie zawsze działa. Gdy coś nie pójdzie w myśl tej zasady, nie rozpamiętuję każdej niezdrowej kalorii i gramów cukru, nie wzbudzam w sobie wyrzutów sumienia. Czasem można zaszaleć, a nawet jest to wskazane. 😉


Jedzenie o stałych porach i tylko wtedy, gdy jestem głodna.

Zazwyczaj jem 3-4 posiłki dziennie, co mniej więcej 3-4 godziny i jest to dla mnie najlepsza opcja. Wiem, że zgodnie z wytycznymi powinniśmy spożywać dania co (mniej więcej) 2,5-3,5 godziny, ale nie uważam, by to był przymus i jedyna ewentualność. Nie istnieje jeden idealny system jedzenia, jedyną opcją jest dostosowanie wzorców do nas i naszego trybu życia. 

Oczywiście staram się wybierać zdrowe pożywienie, co nie oznacza, że ZAWSZE to robię. Generalnie unikam haseł zawsze i nigdy – nie występują w moim jadłospisie. 

Stosuję prostą zasadę – jeśli czuję, że ostatnimi czasy moja dieta bogata była w “cięższe” dania, to w kolejnych dniach staram się komponować posiłki lekkostrawne. 

Przyprawiam. Dużo i aromatycznie – lubię zioła, więc nie stronię od nich.

Wprowadzenie ruchu

Staram się ruszać – cóż to oznacza w praktyce? Ano to, że przyjęłam system “intensywniejszego ruchu” mniej więcej trzy razy w tygodniu, z adnotacją małym druczkiem – przynajmniej raz w tygodniu. Najczęściej biegam. Wynik, co dwa dni jest bardzo zadowalający, ale istnieją takie momenty, gdzie najzwyczajniej na świecie nie mam czasu, bądź siły pobiegać i mam do tego prawo. To jest metoda, która pozwala mi utrzymywać kondycję na stałym poziomie, a mam nadzieję, że będzie sprawdzać się przez lata świetlne.

Zdrowy rozsądek

Nie stawiam sobie zadań, których nie jestem w stanie osiągnąć. Nie przemęczam organizmu, nie wypominam sobie nieustannie błędów. Staram się wyznaczać tak cele, by czerpać z działań przyjemność. Nie traktuję życia jak nieustannej walki. Taka postawa nie przyniosłaby mi niczego dobrego. 
Nawadnianie

Jak już informowałam, zaraz po przebudzeniu (a jest to mniej więcej 30 min. przed śniadaniem) piję wodę. Generalnie nie popijam posiłków, nie piję w trakcie jedzenia. Zazwyczaj robię to minimum 30  minut przed lub godzinę po. 
Nie pijam napojów (oczywiście i tutaj zdarzają się wyjątki od reguły, raz na milion lat). Piję wodę niegazowaną – bo taką lubię, herbaty wszelkiej maści i kawę, której jestem wielką fanką.

Wyrzucenie wagi

Ważenie się, najczęściej codzienne, to zmora i narażenie na niepotrzebny stres. Moja waga skacze sobie o jakieś 2 kilogramy w przeciągu dnia. Nie zwracam na nią uwagi. Wierzę swoim ubraniom i samopoczuciu.

 



Słuchanie swojego ciała 

Ubranie działa cuda, ale tylko wtedy, gdy znamy swoją sylwetkę i wiemy jak się do niej dostosować. To ważne, zwłaszcza wtedy, gdy nie ma się figury modelki i nie we wszystkim wygląda się jak Miss Wszechświata. Banał, ale dopiero po jakimś czasie zrozumiałam jak podkreślać swoje atuty i kamuflować mankamenty.

ANTYideał

Dobrze jest zrozumieć, że mamy to co mamy, nie będziemy nikim innym i warto działać tu i teraz, wykorzystując swój potencjał. Nie będę idealna, nikt nigdy nie będzie, ale czy ten mały szczegół może nam w czymkolwiek przeszkodzić?

Pamiętaj proszę, że to tylko i wyłącznie moja historia i moja subiektywna opinia.


ZOBACZ OSTATNIE WIDEO:

About the author

Martyna Banasiak
Cześć, miło mi Cię widzieć! Blogować zaczęłam 3 lata temu, wtedy założyłam największego w Polsce bloga o psychodietetyce i zdrowym stylu życia Psychodietka.pl, w marcu tego roku dokonałam rebrandingu i działam pod swoim nazwiskiem na MartynaBanasiak.pl, rozszerzyłam też tematykę bloga. Możesz zobaczyć i posłuchać mnie na kanale na YouTube. Moje filmy mają około 2 000 000 wyświetleń (WOW!), uwielabiam to miejsce, może Tobie też się spodoba. Nie zastanawiam się nad tym, czy bardziej czuje się blogerem, czy youtuberem, po prostu robię dobre rzeczy, bo wiem, że tak można zdziałać najwięcej i najlepiej.