Blog posts

Jak raz na zawsze przestałam się odchudzać i schudłam 10 kg? (CZĘŚĆ 2)

Jak raz na zawsze przestałam się odchudzać i schudłam 10 kg? (CZĘŚĆ 2)

Uncategorized

Myślę, że moje przeżycia są dość standardową historią osoby z nadwagą (przynajmniej do pewnego momentu), dlatego właśnie się nią dzielę. Im większa ilość osób ją odczyta, tym większe szanse na to, że da komuś do myślenia, przetrze pierwsze szlaki ku zmianie…


 Aby zrozumieć dzisiejszą opowieść, warto najpierw wrócić do tego wpisu, czyli części pierwszej “Jak schudłam 10 kg” [KLIK].

Moja historia
Całe życie myślałam, że dieta i ćwiczenia (aktywność fizyczna), to jedyne wyjście z nadwagi i wkroczenie w stan “ciało idealne”.
 Jak większość nastolatek, w gimnazjum nie byłam zadowolona ze swojego wyglądu, chciałam perfekcji, a wtedy oznaczało to całkowitą eliminacje tkanki tłuszczowej. Można to sobie wyobrazić – 12-13 lat, moment, gdzie dziewczęta dojrzewają, przyokrąglają się i stają się kobietkami…
 Zadziało się to błyskawicznie, bez żadnego wstępu. Trach! Wstałam rano i nie miałam się w co ubrać, bo nic nie wchodziło na biodra – nowy element sylwetki. Prawda, że totalna tragedia?
 I tak to się zaczęło…
Diety – “5 kilogramów w pięć dni”, “Rozłączna”, “Kopenhaska”, “Żadnych słodyczy”, “Nie jem niczego, bo będę gruba”, “ŻM”, i totalna ambiwalencja wagi.


To doprowadziło do…
…wyrobienia sobie kilku schematów myślenia:
 – będąc na diecie czuję się świetnie,
 – tylko dzięki diecie wyglądam dobrze,
 – jak jem, jestem gruba,
 – będąc na diecie jestem wyjątkowa, silna, życie jest lepsze, mam kontrolę.
…oraz do:
– nadwagi, której na dobrą sprawę wcale na początku nie miałam,
– uzależnienia swojego poczucia własnej wartości i atrakcyjności od wagi,
 – wyrzutów sumienia podczas jedzenia czegokolwiek, co nie jest fit,
 – utracenia kontroli nad jedzeniem, czyli wprowadzeniu systemu wszystko albo nic, dieta albo rozpusta, od jutra się odchudzam (według badań, aktualnie to najczęstsza przyczyna wizyt w gabinetach specjalistów),
– wyuczonej bezradności.
 Im więcej się odchudzałam, tym bardziej traciłam wiarę, że kiedykolwiek będę wyglądać tak, jakbym chciała.
Z każdą porażką, uzmysławiałam sobie jak bardzo nieskuteczna jestem. Poczucie beznadziejności i bezsilności rosło wprost proporcjonalnie do spadania motywacji i pewności siebie.
Dany system trwał lata. Koniec końców, doprowadzając do całkowitego rozregulowania mechanizmów, pogodziłam się, że wyglądam jak wyglądam, a tyłek w rozmiarze 42 jest mi pisany i już. Standardowy schemat. I bardzo prawdziwy.
 Wykonywałam działania używając złych narzędzi, nic dziwnego, że efekty wprawiały w stan depresyjny.


 


Jak raz na zawsze przestałam się odchudzać i schudłam?

Nie zaczęłam od poniedziałku, od nowego miesiąca, czy po Sylwestrze. To stawało się każdego dnia. Krok za krokiem. Dzień za dniem. Konkretna data, czynnik wyzwalający nie istnieją. Niemniej pamiętam dwie pierwsze poszlaki, które rozpoczęły moją przygodę ze zmianą swojego stylu życia. 
Pierwszą z nich jest książka, w dodatku wcale niepsychologiczna “Francuzki nie tyją”.

Po raz pierwszy w literaturze z kategorii dieta-dietetyka-odchudzanie, nikt mi niczego nie nakazywał, nikt nie próbował mi wmówić, bym przestała jeść, tylko zasugerował, bym użyła głowy. 

Drugą natomiast jest badanie własne na żywym organizmie.

Należę do typu człowieka “obserwator-analizator”, wzięłam więc zdrową i szczupłą osobę, która nigdy nie miała problemu z jedzeniem-wagą, pod lupę i doszłam do prostych, konkretnych wniosków. Nasz wygląd to nasza zasługa, efekt naszych działań, nie otrzymujemy go od przodków, Boga, kosmosu czy niesprawiedliwości. Oczywiście jest pewna tendencja, geny, dziedziczna budowa ciała, kwestie na które nie mamy wpływu, ale nie o tym mowa i nie uczepiajmy się tego, czego nie da się zmienić.

Myślę, pytam, analizuję, działam.

Przestałam stwierdzać “Jestem gruba. Jestem beznadziejna. Nic mi się nie udaje.”, zaczęłam zadawać sobie pytania:
 – co mogę z tym zrobić,
– skąd się to bierze,
– jak mogę sobie z tym poradzić.

Przestałam planować na potem, na wieczne zapomnienie, oddalać do momentu, gdy świat stanie się idealny, a ja perfekcyjna.

Mam świadomość swoim mocnych, ale i tych słabych stron. Nie udaję, że te ostatnie nie istnieją.
Możliwe, że jesteśmy łakomi, uwielbiamy jeść, zawsze na wszystko mamy ochotę, a może sięgamy po słodycze, gdy jesteśmy zdenerwowani czy smutni – warto o tym wiedzieć i akceptować siebie, ale nie stać z załamanymi rękoma. 
Nie po to odnajdujemy swoje słabości, by nad nimi płakać, ale by sobie z nimi radzić, wyrabiać systemy, które nam pomogą, zniwelują lub całkowicie wyeliminują problem. 
 Tak jak w innych dziedzinach życia…
 – jeśli nie umiemy liczyć – nosimy ze sobą kalkulator, nie wybieramy zawodu nauczyciela matematyki,
 – jeśli nie umiemy się malować, prosimy o radę innych,
 – jeśli nie umiemy śpiewać, nie mamy słuchu, ani poczucia rytmu, nie idziemy do szkoły muzycznej,

– jeśli nie umiemy gotować, sięgamy po proste przepisy z książki kucharskiej.

Jeśli ktokolwiek uważa, że wszystko odbyło się gładko, bez upadków i kryzysów, to się myli.

Jeśli ktokolwiek uważa, że osiągnęłam to, co chciałam, to się myli.
Nad swoim ciałem pracuję i pracować będę przez całe życie. Sylwetka zmienia się z wiekiem, doświadczeniem, przeżyciami. Nie liczę na chwilowy proces, coś, co wykonam raz i nieodwracalnie.

Wzięłam to co mam, tu i teraz. Korzystam z tego.

Spadek wagi, to jedynie skutek mądrych działań. Wielu elementów, jakie realizują na wszelkich płaszczyznach życia. To nie jest cel sam w sobie.

Ten artykuł to preludium. Podłoże do działania, a bez niego ani rusz.

 [Do tych dwóch części, dojdzie jeszcze trzecia – Jakie konkretnie nawyki typowo żywieniowe zmieniłam? W jaki sposób, w jakim czasie i z jakim skutkiem.]

Zobacz jak wyglądam:

About the author

Martyna Banasiak
Cześć, miło mi Cię widzieć! Blogować zaczęłam 3 lata temu, wtedy założyłam największego w Polsce bloga o psychodietetyce i zdrowym stylu życia Psychodietka.pl, w marcu tego roku dokonałam rebrandingu i działam pod swoim nazwiskiem na MartynaBanasiak.pl, rozszerzyłam też tematykę bloga. Możesz zobaczyć i posłuchać mnie na kanale na YouTube. Moje filmy mają około 2 000 000 wyświetleń (WOW!), uwielabiam to miejsce, może Tobie też się spodoba. Nie zastanawiam się nad tym, czy bardziej czuje się blogerem, czy youtuberem, po prostu robię dobre rzeczy, bo wiem, że tak można zdziałać najwięcej i najlepiej.