Blog posts

Moja przygoda ze schizofrenią

Moja przygoda ze schizofrenią

Uncategorized
Idzie ulicą, ubrany nie od parady, mamrocze coś pod nosem, nawołuje do końca świata, śmieje się do siebie, a wzrok ma jakby nieobecny, jedynym słowem jest nienormalny.
Czy nie tak postrzegamy schizofrenika? Filmy dodają nieco dreszczyku emocji, schizofrenik kojarzy nam się z psychopatą, kimś czyhającym na nasze życie… To nie do końca tak. 
Schizofrenia to choroba psychiczna, jej odmian jest naprawdę wiele. Wiąże się z niepoprawnym funkcjonowaniem mózgu. (I tutaj uczulam – to nie jest schizofremia – tam jest soczyste, pięknie brzmiące “N” zapamiętajcie, SCHIZOFRENIA.)

 

Jak wyglądała moja przygoda ze schizofrenią?

Cała historia miała miejsce, chyba pod koniec trzeciego roku studiów. Szłam wtedy ulicą, akurat minęłam skrzyżowanie i zmierzałam przed siebie. Drogę zagrodził mi barczysty, potężny mężczyzna.
– Przepraszam Panią. Nie, nie chcę od Pani pieniędzy – zaczął niepewnie. –  Jestem głodny. Czy mogłaby mi Pani kupić jakąś bułkę. Przepraszam, że się narzucam, od 2 dni nic nie jadłem. 
Przyglądałam się temu człowiekowi przez kilka sekund. Zazwyczaj w takich sytuacjach zgrabnie odchodzę, rzucając niedbale “Nie, przykro mi”, ale tym razem nie potrafiłam. To był dorosły mężczyzna, około trzydziestki, czysty, zadbany z realnym cierpieniem wypisanym na twarzy. Czułam, że cała sytuacja go krępuje.

– Dobrze – odpowiedziałam. 
Ucieszył się, zuważyłam wyraźną ulgę na jego twarzy. 
– Tu obok jest Żabka, możemy tam się przejść – zawróciliśmy. – Cały dzień chodzę po Piotrkowskiej i zaczepiam ludzi. Zwykle tego nie robię, ale czułem, że już dłużej nie wytrzymam. Nie chciałbym kraść. Pani jest pierwszą osobą, która zgodziła się dać mi jedzenie – odruchowo przypomniałam sobie, która jest godzina, dochodziła 17…
Weszliśmy do sklepu, pozwoliłam mu wybrać produkty. Wziął dwie bułki, więc kazałam mu dobrać więcej rzeczy, żeby miał “na zapas”. Dorzucił pieczywo, parówki i kilka konserw.
– Przepraszam, nie wiedziałem, że to tyle kosztuje. Za dużo wziąłem, te ceny są takie wysokie – rzucił po odejściu od kasy.  
– Proszę się nie przejmować, to drobiazg – nawet jeśli zakupy nieco nadszarpnęły mój studencki budżet, stwierdziłam, że mogę nie zjeść dziś porządnej kolacji czy obiadu, to nie miało w danym momencie większego znaczenia.
– Jestem Pani bardzo wdzięczny. To dla mnie teraz taki trudny okres, nawet nie mam z kim porozmawiać, a kończą mi się leki, idzie zima i nie wiem jak to się dalej potoczy – stanęliśmy przed wejściem. – Widzi Pani, choruję na schizofrenię. Proszę się mnie nie bać, to jest taka choroba.
– Studiuję psychologię – dodałam zachęcająco. – Niech się Pan nie obawia. Kiedy kończą się Panu leki? 
Zaczęliśmy rozmawiać, a ja stwierdziłam, że należy się temu człowiekowi ciepły posiłek. Niestety nie miałam przy sobie gotówki, a wszelakie bary, budki z kebabami i pobliskie stołówki, nie przyjmowały kart płatniczych. Spacerowaliśmy zatem po dość ciemnych zakamarkach Łodzi i szukaliśmy bankomatu…
Ja – słuchałam, on – opowiadał.
– Wszystko zaczęło się, gdy mama zmarła. Miałem normalną rodzinę, ciepło, dach nad głową, osoby, które się o mnie troszczyły, nawet dobrze płatną pracę. Niestety, zacząłem chorować. Tak bardzo się bałem. Nie potrafiłem wyjść z domu, bo czułem narastający lęk. Panikowałem, uciekałem i zaszywałem się w bezpieczny miejscu. Oczywiście o pracy nie było mowy… Zostałem zwolniony. Siostra wyszła za mąż i założyła rodzinę, a tata pił coraz więcej. Zmarł niedługo po mamie. Nie miałem pieniędzy, nie potrafiłem funkcjonować w społeczeństwie. Siostra się mnie wyparła… Jestem ciekawy co u niej, jak jej się żyje, pewnie ma teraz dzieci. Nigdy ich nie poznam, bo wujek nie może być tak chory – mówiąc to spoglądał przed siebie, wyraźnie wyczuwałam żal i brak jakiejkolwiek nadziei. – Gdy było lato, mieszkałem w Gdańsku, spałem na plaży. Unikałem ludzi. Miałem jeszcze jakieś oszczędności, coś jadłem, ale niewiele pamiętam z tego okresu. Widzi Pani, ja pochodzę ze Śląska, tam nie ma pracy, nie mogłem liczyć na pomoc państwa. Idzie zima, teraz mieszkam tu, w Łodzi. Znalazłem kilka osób, którzy się mną zaopiekowali. Biorę leki, które przepisał mi psychiatra. Już się tak nie boję, zagadałem do Pani. Ale to wszystko wróci. Będzie mnie trzęsło od środka, dusiło i nie pozwalało żyć – słuchałam, starając się przekazać jak najwięcej zrozumienia. 
Bankomatu nie było widać na horyzoncie. Zastanawiałam się, czy dobrze robię – spaceruję sobie z zupełnie obcą osobą i mam zamiar wybrać w jej obecności pieniądze, bardzo lekkomyślne działanie.
– Zamieszkałem w domku letniskowym pewnej pani. Pomagałem jej w remoncie – malowałem, sprzatałem, troszczyłem się o ogród. W zamian za to dostawałem pieniądze na jedzenie, leki i miałem gdzie spać. Teraz jest zbyt zimno.
– Szukał Pan pomocy w przytułkach? Może jakaś noclegownia? 
– Tak – zamyślił się. – Kilka razy tam spałem. Ale to wygląda tak, że większość z tych ludzi jest pijanych, albo na kacu. Śmierdzą, namawiają do złego. Gdy skradziono mi moje jedyne buty, stwierdziłem, że nigdy więcej tam nie wrócę. Nie chcę być taki jak oni…
– Gdzie teraz Pan śpi?
– Gdzie popadnie, jeszcze nie ma mrozów. Jakieś w miare czyste, ciepłe miejsca, to nic strasznego. Pani nie wie, jakie to uczucie, nikt nie wie. Ludzie się mnie boją, a to ja tak naprawdę się boję ludzi… Ja nawet nie wiem czego się boję. To taki lęk, taka gula w środku. Nie wiem, co to będzie, gdy skończą się leki. 
Cała historia wydawała się być prawdziwą. Jednak możliwe, że została zaburzona chronologia zdarzeń.
 Po około półgodzinnych poszukiwaniach, znaleźliśmy bankomat – musieliśmy udać się na ulicę, gdzie mogłam bezpiecznie wybrać gotówkę. W takich sytuacjach, mimo wszystko, nawet jeśli osoba wzbudziła zaufanie, należy zachować ostrożność.
Wykupiłam ciepły posiłek i poleciłam stowarzyszenie zajmujące się osobami chorymi
psychicznie, w którym dwa lata później odbywałam praktyki (gdzie poznałam wspaniałych ludzi chorujących na
schizofrenię – ale o tym doświadczeniu kiedy indziej…).

Dlaczego Wam o tym opowiadam? 

Żebyście wiedzieli.
Żebyście się nie bali.
Żebyście byli świadomi.
  

About the author

Martyna Banasiak
Cześć, miło mi Cię widzieć! Blogować zaczęłam 3 lata temu, wtedy założyłam największego w Polsce bloga o psychodietetyce i zdrowym stylu życia Psychodietka.pl, w marcu tego roku dokonałam rebrandingu i działam pod swoim nazwiskiem na MartynaBanasiak.pl, rozszerzyłam też tematykę bloga. Możesz zobaczyć i posłuchać mnie na kanale na YouTube. Moje filmy mają około 2 000 000 wyświetleń (WOW!), uwielabiam to miejsce, może Tobie też się spodoba. Nie zastanawiam się nad tym, czy bardziej czuje się blogerem, czy youtuberem, po prostu robię dobre rzeczy, bo wiem, że tak można zdziałać najwięcej i najlepiej.