Blog posts

WSPÓŁCZESNE JEDZENIE – List czytelniczki

WSPÓŁCZESNE JEDZENIE – List czytelniczki

Uncategorized
List Pani Joasi:
 (Kochani, jeśli macie ochotę podzielić się swoimi spostrzeżeniami, historiami, napisać coś od siebie do publikacji – będzie mi bardzo miło. Nie mam nic przeciwko.)
“Trafiłam dziś przypadkiem na Twojego fanpejdża na fbk-u oraz na bloga.
Bardzo fajny pomysł na dzielenie się z innymi swoimi przemyśleniami. Myślę, że dla wielu osób może się okazać bardzo pomocny. Podzielę się z Tobą swoimi spostrzeżeniami, z 30-letniego życia wziętymi. Myślę, że wypadałoby je też jakoś spopularyzować 🙂

    Koniec
PRL-u i przejście z okresu niedoboru w okres dobrobytu odbił się na
jadłospisach Polaków w dość dramatyczny sposób. Nagle się okazało, że w
sklepach jest masa kolorowych, reklamowanych produktów żywnościowych,
które można sobie kupić i zaspokajać swoje inne potrzeby, nie tylko
żywnościowe (tu podzielam Twoją opinię na temat coraz częstszego
kompulsywnego jedzenia).
    Dostrzegam też inną stronę problemu związanego z dostępnością
wszelkiego rodzaju convenient/comfort food – ludzie sięgają po rzeczy
mające masę zbędnych dodatków, które tak naprawdę zniekształcają sygnały
z ich układu pokarmowego. Słodzone gazowane napoje, soki (z
koncentratów), słodycze, zupki, sosy, lody w proszku. Niedobory
składników “zdrowych” i nadmiar składników “śmieciowych” powodują ciągły
głód składników potrzebnych do prawidłowego funkcjonowania (bo ich w
śmieciowym jedzeniu po prostu nie ma), których nie zaspokoi ani pół
pizzy, ani kebab, ani sałatka z McDonalda. Bo żeby dostarczać
organizmowi wystarczającą ilość wszystkich niezbędnych w diecie
składników, trzeba stanąć na rzęsach. Dbać o to, żeby wszystko co się
je, było świeże, bez ulepszaczy, bez wzmacniaczy, żeby smak potraw
pochodził z bazy potrawy, a nie z sosu/przypraw/innych zagłuszaczy. A
takie prawdziwie zdrowe jedzenie jest mało dostępne, albo trzeba samemu
poświęcić czas na przygotowanie posiłków, albo znaleźć zaufane miejsca.
Samo określenie “zdrowe jedzenie” kojarzy się ludziom z czymś
dietetycznym, odchudzonym, niekoniecznie smacznym. A tak wcale nie jest!
To dlatego diety są nieskuteczne – ludzie myślą, że z czegoś na jakiś
czas muszą rezygnować, a potem wracają do starych przyzwyczajeń. Bo nic
nie jest tak trudno zmienić, jak nawyki żywieniowe. A tak naprawdę
zmiana złych nawyków żywieniowych to jest proces, który trwa lata.
Proces, który nie prowadzi do pustyni ilościowej, ale do dżungli
jakościowej, o której konsument masowej żywności nie ma pojęcia, bo nikt
go nie uczy rozpoznawania smaków. Dobrych smaków. Producentom masowej
żywności zależy, żeby konsument nie potrafił dostrzec, że ich produkty
mają sztuczny smak i nie mają żadnej wartości odżywczej poza kaloriami
(żywność nazywana tzw. pustymi kaloriami).
     Proces zmiany (poprawy) nawyków żywieniowych sprawia, że np. na
myśl o McNuggetsach robi się człowiekowi autentycznie niedobrze, bo
zdaje sobie sprawę w jaki sposób się je robi, i z czego się składają i
że można równie dobrze jeść trawę z pola i się dostarczy organizmowi
tyle samo wartości odżywczych.
Jest jeszcze jeden plus przejścia na zdrowszą stronę odżywiania –
metabolizm zaczyna się sam regulować, czuje się sytość w momencie
sytości, nie ma napadów głodu, jest się w stanie jeść to, na co ma się
ochotę w ilości, która jest nam potrzebna.
     Reasumując, jestem zdania, że trzeba zerwać z podejściem do “diet”
jako synonimu “odchudzania”, a zacząć traktować “dietę” jako podróż ku
odkrywaniu prawdziwych, pełnych smaków. Niestety, trzeba się na początku
zamknąć na wszystko, co zagłusza smak, na całe to śmieciowe jedzenie
dostępne wszędzie, a zacząć świadomie wybierać to, co jest dla nas dobre
(co oprócz kalorii dostarczy coś jeszcze). Potem się na taką śmieciową
żywność zwyczajnie nie ma ochoty.
     W ułożeniu zdrowej diety mogą być pomocni zarówno lekarze
dietetycy, jak i poradniki zdrowego żywienia, czy też przepisy z blogów
kulinarnych, o ile nie zaczynają się od słów “weź kostkę rosołową…”, a
na liście składników większość składników to zdrowe półprodukty – bez
ulepszaczy. Ważne jest też zdobywanie wiedzy na temat żywności,
składników zastosowanych w gotowych produktach, metod wytwarzania
żywności, zorientowania się, co się je na co dzień, a co można jeść. Ta
rada się wydaje głupia na pierwszy rzut oka, ale żyjemy w
społeczeństwie, gdzie schabowy z ziemniakami na obiad ma tylu wyznawców,
ile chciałaby mieć niejedna religia.
     Mogliby pomóc również producenci – oferując żywność lepszej
jakości, ale zaczną ją oferować masowo dopiero, jak znajdą się na nią
masowi klienci. A wiadomo, że świeża i zdrowa żywność szybko się psuje,
jest z nią więcej problemów “logistycznych”, dlatego producenci dodają
środków konserwujących i mają problem czasu dotarcia do klienta z głowy.
Bo klient, przyzwyczajony do dodatków, nie wykrywa różnicy między
dobrym a złym jedzeniem, i jeszcze się ucieszy, że coś może dłużej
postać w lodówce. Coś za coś.
Dodatkowo, uważam że wszystkie produkty typu “light” / “diet” za
wyjątkowo perfidne, naszprycowane chemią. Płatki śniadaniowe typu
“light” mają tyle samo węglowodanów prostych co batony czekoladowe –
absurd, który się mimo to sprzedaje. Jestem również sceptykiem gotowych
suplementów diety z mieszanką witamin i minerałów – ludzie je łykają
myśląc, że godnie zastępują zróżnicowaną dietę. Nic z tych rzeczy!
Kolejny zagłuszacz sygnałów z organizmu i wyrzutów sumienia.
Pozdrawiam, Joasia”

About the author

Martyna Banasiak
Cześć, miło mi Cię widzieć! Blogować zaczęłam 3 lata temu, wtedy założyłam największego w Polsce bloga o psychodietetyce i zdrowym stylu życia Psychodietka.pl, w marcu tego roku dokonałam rebrandingu i działam pod swoim nazwiskiem na MartynaBanasiak.pl, rozszerzyłam też tematykę bloga. Możesz zobaczyć i posłuchać mnie na kanale na YouTube. Moje filmy mają około 2 000 000 wyświetleń (WOW!), uwielabiam to miejsce, może Tobie też się spodoba. Nie zastanawiam się nad tym, czy bardziej czuje się blogerem, czy youtuberem, po prostu robię dobre rzeczy, bo wiem, że tak można zdziałać najwięcej i najlepiej.